czwartek, 12 maja 2016

19. Poważne rozmowy

            Nie byłam głodna.
            Przed kinem postanowiliśmy iść do restauracji, a Ryan oczywiście znając mnie zbyt dobrze, wybrał moją ulubioną włoską kuchnię. Nawet mnie nie pytając zamówił mi lasagne, a ja poczułam się jak za starych dobrych czasów, kiedy mieszkaliśmy w Londynie i wszystko było łatwe i nieskomplikowane. Kelley był zabawny, opowiadał mi różne anegdotki i natychmiast przypomniałam sobie, dlaczego go kochałam. Był idealny.
            A mimo to, wszystko było nie tak. Jedzenie mi nie smakowało i grzebałam w nim widelcem, próbując zmusić się do przełknięcia choćby kęsa. W restauracji było albo za duszno, albo za zimno, światło jakieś takie też nie odpowiednie, a moja chęć do rozmowy zniżyła się do poziomu minusowego. A to dlatego, że chociaż doskonale wiedziałam, że jestem na perfekcyjnej randce, z perfekcyjnym facetem i w ogóle jestem szczęściarą to nie mogłam powstrzymać myśli, że miejsce naprzeciwko mnie powinien zajmować ktoś inny.
- Wszystko w porządku? – Ryan wyglądał na zmartwionego, więc z trudem się uśmiechnęłam.
- Tak, jest okej...
            Posłał mi potępiające spojrzenie i ponownie pożałowałam, że znał mnie na wylot.
- Przecież widzę, że nie. To przez tą kłótnię z Dylanem?
            Powoli skinęłam głową, a chłopak odłożył sztućce i wbił we mnie swoje cudowne, zielone tęczówki.
- Jade...Kochanie – moje serce stanęło na dźwięk uroczego zwrotu. – Ja wiem, że dużo się zmieniło. Że coś cię łączyło...łączy z Dylanem.
            Nie mogłam patrzeć mu prosto w oczy, więc ponownie zainteresowałam się lasagne.
- Postąpiłaś słusznie, wyjeżdżając by spełniać swoje marzenia. Przepraszam, jeśli kiedykolwiek dałem ci odczuć, że nie są one dla mnie ważne. Są. Wszystko co tyczy się ciebie jest moim priorytetem. Kocham cię. Nadal...- podniosłam wzrok, by napotkać jego nieśmiały uśmiech. Moje serce roztopiło się w jedną wielką płynną substancję. – Byliśmy razem naprawdę szczęśliwi...
            Miał rację. Byliśmy. Chwyciłam jego dłoń.
            Ale przed oczami nadal miałam tego zepsutego, niezdecydowanego dzieciaka i szczerze mówiąc, to właśnie on był jedynym o czym mogłam teraz myśleć.
- Nie chcę cię do niczego zmuszać, ale Dylan nie wydaje się wiedzieć, czego chce – Ryan wypowiedział na głos dokładnie to, co miałam w głowie. Jak zawsze. – Ja wiem. Chcę byśmy do siebie wrócili.
            Już. Stało się. Słowa padły i nie dało się ich cofnąć. Przygryzłam dolną wargę. A Kelley musiał dostrzec strach w moich oczach, ponieważ uspokajająco pogłaskał moją dłoń kciukiem.
- Możemy wrócić do Londynu, a jeśli nie chcesz, to ja przeprowadzę się do Nowego Jorku. Niektórzy spędzają całe życie na szukaniu swojego miejsca na ziemi, ale ja już wiem, że...nie ważne gdzie będę, ważne, że z tobą. Ponieważ to ty jesteś moim domem.
            Powinnam być wzruszona. Powinnam się rozpłakać, rzucić mu na szyję i uspokajać szaleńcze motyle w żołądku. A jednak nie poczułam nic. Oprócz wielkiego smutku, że tak o to ranię naprawdę wspaniałego chłopaka. Wzięłam głęboki wdech.
- Ryan ja...
- Wiem, że zależy ci na Dylanie – przerwał mi szybko, nie kończąc jeszcze swojej wielkiej przemowy, łamiącej mi serce. – Ale on na ciebie nie zasługuje. Traktuje cię fatalnie, miesza w głowie i sam nie potrafi się zdecydować. Za parę miesięcy mu się znudzisz i oboje dobrze o tym wiemy. Zrani cię.
            Przełknęłam ślinę.
- On nigdy nie będzie cię kochał tak jak ja.
            Ryan miał rację. We wszystkim. W każdym słowie. Dylan był dupkiem, kretynem i prawdopodobnie miał doprowadzić mnie do destrukcji. I mnie nie kochał. Nawet nie chciał ze mną być.
- Nie musisz podejmować decyzji teraz – Kelley wyrwał mnie z zamyślenia. – Po prostu...pomyśl nad tym.

            Atmosfera w domu była tak gęsta, że można było kroić ją nożem. Starałam się unikać zarówno Ryana jak i Dylana, i o ile ten pierwszy wybitnie mi to utrudniał, nieustannie proponując swoje towarzystwo i nowe rozrywki, to O’Brien starał się omijać mnie równie szerokim łukiem jak ja jego. Kolejna konkurencja, w której przegrał. Po raz kolejny nie próbował rozmawiać ani walczyć.
            Holland po zerwaniu z Maksem przypominała wrak człowieka i spędzałyśmy godziny w moim pokoju, oglądając filmy, pisząc piosenki dla Lile’S Splash i izolując się od świata. Rozumiałyśmy się.  Crystal i Jamie często przesiadywały z nami, ale w przeciwieństwie do nas miały jeszcze życie uczuciowe i ukochanych, którym musiały poświęcać trochę czasu.
- Znowu Colton – mruknęłam, zerkając na wyświetlacz dzwoniącego telefonu. Ruda ukryła twarz w poduszce i jęknęła coś niezrozumiałego. Westchnęłam i odrzuciłam połączenie, dokładnie tak samo jak dwadzieścia trzy razy wcześniej.
            Haynes robił to, czego tak cholernie pragnęłam od Dylana. Wydzwaniał, esemesował, przychodził, próbował. Mój przyjaciel mógłby się od niego uczyć. A mimo to Hol nie była gotowa, starając się przekonać mnie, ale też siebie, że nie chce z nim być. Nieustannie powtarzała, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, że już raz nie wyszło i że to całkowicie beznadziejny pomysł. Ale widziałam z jaką tęsknotą patrzy na telefon, marząc by odebrać kolejne połączenie. Wszystko mogłoby być łatwe i proste, gdyby tylko pokonała swoją dumę i uprzedzenia.
            Ale przecież kim ja byłam, żeby osądzać? Ja też sama utrudniałam sobie życie.
            Muzyka po raz kolejny rozniosła się po całym pokoju, więc znudzona zerknęłam na wyświetlacz, ale tym razem nie dzwonił ukochany Roden. Uśmiechnęłam się szeroko na widok zdjęcia, z którego byłam niesamowicie dumna: ja i moja idolka Olivia Cash, robiące głupie pozy w lustrze studyjnej toalety.
- Cześć Olivia! – zawołałam, nadal nie mogąc poradzić sobie z tym, że miałam jej numer i okazjonalnie do siebie dzwoniłyśmy. – No co tam?
- Cześć mała! Słuchaj, mam do ciebie ogromną prośbę!
            Olivia Cash prosząca o pomoc mnie. Jade Gardner. Och, no wiecie...Normalka.
- Jasne, o co chodzi?
- Mój support padł i potrzebuję kogoś na koncert w tym tygodniu. Gadałam z Hoechlinem i oboje uważamy, że ty byłabyś idealna.
            Sparaliżowało mnie. Holland posłała mi zaniepokojone spojrzenie, widać obawiając się, że zaraz zemdleję, co było zresztą bardzo prawdopodobne.
- Mówisz...Mówisz serio?
- No jasne, że tak. Będzie super, zobaczysz! Tyler przekaże wam całe info jutro w studiu, ale chciałam być pierwszą osobą, od której się o tym dowiesz!
            Mieliśmy już koncerty. Ale były one w większych lub mniejszych klubach, dla mało wymagającej widowni. Zespół ButterflyEffects grywał jednak na stadionach dla tysięcy ludzi, a to zupełnie nowy rodzaj wyzwania. Nadal całkowicie zaskoczona podziękowałam Cash i rozłączyłam się, wbijając spojrzenie w Holland.
- Zagramy jako support ButterflyEffects! – zawołałam i natychmiast zaczęłyśmy skakać i piszczeć ze szczęścia. Spełnienie marzeń! Ruda przytuliła mnie mocno.
- Musisz powiedzieć chłopakom!
- Muszę powiedzieć wszystkim!
            Trzymając się za ręce, wybiegłyśmy z mojego pokoju i skierowałyśmy się w stronę salonu. Wszyscy oprócz Dylana, mieli być w domu. Na stoliku leżała jednak kartka informująca, że chłopcy poszli rozegrać mecz, a Crystal źle się czuje i jest u siebie w pokoju. Ruszyłyśmy w stronę sypialni Reed i nie pukając wtargnęłyśmy do środka.
            Notatka mówiła o złym samopoczuciu, ale ani ja ani Roden nie spodziewałyśmy się zastać brunetki siedzącej na podłodze i wypłakującej sobie oczy. Nigdy nie widziałam jej w tym stanie. Po żadnej kłótni z Alexem, nawet po sylwestrze...Wyglądała strasznie, a moje serce pękło na dwie części. Padłyśmy na kolana, siadając obok niej i przytulając ją mocno z dwóch stron.
- Crystal...Co...Co się stało? – mruknęła przerażona Hol, głaszcząc przyjaciółkę po ciemnych włosach, próbując ją uspokoić. Na nic. Jej ciałem nieustannie wstrząsał szloch, a z potoku słów nie dało się zrozumieć ani jednego.
- Cii...Spokojnie. Oddychaj. Wszystko będzie dobrze.
            Miałam ochotę zamordować każdego, kto był odpowiedzialny za stan dziewczyny. Jeśli to wina Sharmana – miał przechlapane. Po piętnastu minutach Reed w końcu wzięła głęboki oddech i choć łzy nadal płynęły po jej jasnych policzkach, uspokoiła się na tyle, by coś powiedzieć.
- Jestem w ciąży.
            Jedno zdanie zmroziło mi krew w żyłach i szczerze mówiąc nie wiedziałam jak zareagować. Wymieniłam spojrzenie z Holland, ale ona też wyglądała na całkowicie bezradną.
- Daniel wie?
- Oczywiście, że nie! Zostawił by mnie, chociaż to przecież jego wina! Ja nie mogę być matką! Ja się nie nadaję! Nawet za siebie nie potrafię być odpowiedzialna, a co dopiero za nie... – dotknęła palcem brzucha, kręcąc głową z rezygnacją.
- Daniel cię nie zostawi – tego jednego byłam pewna. Szalał za nią przez pół swojego życia. – Wszystko się ułoży. Tylko musisz mu powiedzieć.
- A możecie na razie po prostu mnie przytulić – jęknęła, patrząc po kolei na mnie i na Rudą, tak załamana i bezbronna jak jeszcze nigdy.
- Jasne, Crystal...- Roden położyła głowę na jej ramieniu. – Jesteśmy z tobą.
           
            Mecz zakończył się sukcesem Metsów, przez co Dylan po raz pierwszy od pojawienia się Ryana w Nowym Jorku wydawał się mieć dobry humor. Omawiając co fajniejsze akcje, ruszyli w stronę baru, nie mając ochoty, by wracać do domu. Nie to, że nie uwielbiali swoich lokatorek, po prostu dawno nie mieli męskiego wyjścia, a atmosfera w mieszkaniu ostatnimi czasy nie należała do przyjemnych. Zasłużyli na trochę oddechu.
            Udało im się znaleźć wolny stolik, który szybko zajęli, pamiętając oczywiście o tym, by odseparować Ryana od O’Briena. Tak na wszelki wypadek.
- To co? Wszyscy piwo? – zapytał Tyler, zbierając zamówienia i kierując się w stronę baru. Chłopcy pokiwali głowami, zajęci rozmową, a Posey zaczął przeciskać się w stronę baru, ciągnąc Ryana za koszulkę. Potrzebował pomocy, a poza tym lubił kontrolować sytuację. Nie wątpił, że Daniel czy Adam powstrzymali by ewentualny spór, ale mimo wszystko wolał zapobiegać niż leczyć.
            Kelley oparł się o bar i spokojnie czekał, aż barman naleje siedem kufli piwa.
- Nie opowiadałeś jak tam wasza randka z Młodą – uśmiechnął się Tyler, próbując jakoś subtelnie nawiązać do interesującego go tematu. Brytyjczyk uniósł do góry jedną brew, ale uśmiechnął się, jakby spodziewając się, że w końcu ta rozmowa nastąpi.
- Szczerze mówiąc sam nie wiem jak poszło...- westchnął, biorąc jedną z napełnionych już szklanek i upijając łyk alkoholu. – Wyznałem jej wszystko, obiecała, że pomyśli, ale... – przerwał na chwilę, jakby zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. – Mam takie wrażenie, że już przegrałem, wiesz? Ale ty przecież stoisz po stronie Dylana...
            Tyler podał zapłatę barmanowi, jednak mimo, że zamówienie było gotowe, nie ruszył się z miejsca. Wiedział, że przy stoliku nie będą w stanie kontynuować tej rozmowy.
- Ja stoję po stronie Jade – posłał Ryanowi poważne spojrzenie. – Skąd wiesz, że przegrałeś?
- Jak kogoś kochasz, to po prostu to czujesz – chłopak wzruszył ramionami, ale w jego oczach widoczny był prawdziwy, czysty żal. – Oddala się. Widzisz, że za kimś tęskni i masz świadomość, że nie za tobą. Że należy do kogoś innego – zerknął w stronę stolika, który zajmowali, wpatrując się w sylwetkę O’Briena. – Najgorsze jest to, że ja wiem, że on ją zrani, no wiesz? – Tyler chcąc nie chcąc, skinął głową. – To twój przyjaciel, ale on na nią nie zasługuje. Nawet nie dostrzega, że zrobiłaby dla niego dosłownie wszystko.
            Powoli stawał się zły. Zacisnął dłonie w pięści i choć Tyler uważał go za spokojnego i rozważnego faceta, to teraz zobaczył, że ma też drugą twarz. Zakochaną, zazdrosną i skrzywdzoną.
- Ale nadal o nią walczysz. Mimo, że wiesz, że cię już nie kocha – burknął, czując się odrobinę głupio, tak po prostu rozmawiając o uczuciach. W końcu byli facetami, jednak cała sytuacja zrobiła się tak pokręcona, że musiał się wtrącić.
- To jest Jade. Nie wybaczyłbym sobie, gdybym wyjechał, nie walcząc do samego końca.
            Uznając widać, że spowiedź dobiegła końca, Kelley chwycił tacę z czterema kuflami i ruszył w stronę stolika, a Posey chcąc nie chcąc musiał zrobić to samo. Na telewizorze wiszącym na ścianie rozgrywał się mecz koszykówki, więc stracili poczucie czasu, po raz kolejny tego dnia kibicując ulubionej drużynie. Piwa znikały jedno za drugim, minuty szybko upływały i zanim się obejrzeli, zegar wskazywał pierwszą w nocy, a ich krew zamieniła się w chmiel. Podśpiewując dopingujące, sportowe piosenki, ruszyli ulicą w stronę metra, po drodze żegnając Coltona, Josha i Adama, którzy mieszkali w tej samej dzielnicy.
            Ryan i Daniel szli przodem rozmawiając na temat nowej sztuki, którą napisał Sharman, pozostawiając Tylera z Dylanem, co nie było przemyślanym ruchem. Posey zerknął kątem oka na przyjaciela, czując ucisk w żołądku. Nie wiedział co ma zrobić. Przełknął ślinę, próbując pozbierać myśli, aż w końcu słowa mimowolnie uciekły z jego gardła.
- Czego ty tak naprawdę chcesz od Jade?
            To zaskoczyło O’Briena, który zatrzymał się nagle, wbijając zaskoczone spojrzenie w chłopaka. Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, niepewny czego tak właściwie Tyler oczekuje, aż w końcu westchnął przeciągle, postanawiając być szczerym.
- Szczerze mówiąc nie wiem.
            Ich lokatorzy zniknęli w wejściu do metra, nawet się nie oglądając, a oni stali na środku ulicy i mierzyli się wzrokiem. W końcu to Dylan przerwał walkę na spojrzenia.
- Zależy mi na niej. I to cholernie. Wszystkie dziewczyny porównuję do niej. Ale stary, znasz mnie. Ja to spieprzę i oboje o tym wiemy.
            Tyler musiał się z tym zgodzić. Kochał bruneta jak brata, ale doskonale zdawał sobie sprawę, że nie nadaje się on do długich związków. Każda z prób kończyła się tragicznie, a Jade była zbyt miła, zbyt dobra, zbyt ważna dla każdego z nich...
- Więc dlaczego po prostu nie dasz jej spokoju? Wiesz, że jej na tobie zależy. Nie ruszy dalej, jak będziesz jej dawał nadzieję...
- ALE JA NIE POTRAFIĘ, NIE ROZUMIESZ?! – warknął głośno Dylan i prawdopodobnie usłyszeli go nawet w sąsiedniej dzielnicy. – Próbowałem! Wielokrotnie! A potem zawsze wracałem jak jakiś zbłąkany szczeniak, bo po prostu NIE POTRAFIĘ TRZYMAĆ SIĘ OD NIEJ Z DALEKA.
            Nigdy nie widział O’Briena w takim stanie. Chłopak podszedł do kosza na śmieci stojącego w pobliżu i kopnął w niego z całej siły, sprawiając, że się przewrócił, a cała zawartość wysypała na ulicę. Chwycił się za ciemne włosy i szarpnął, próbując wyładować całą frustrację. Nic z tego.
- Egoista z ciebie – westchnął Tyler, spoglądając z niepokojem na przyjaciela. – Nie chcesz z nią być, ale też nie chcesz jej zostawić...Jesteś moim najlepszym przyjacielem, jednak...- poczuł jak jego gardło zaciska się w ciasny supeł, a słowa dosłownie palą go w przełyk, jednak nie mógł ich powstrzymać. – Jade także. I wydaje mi się, że... Sądzę, że Ryan jest dla niej lepszy.
            Na ulicy zapadła cisza i nawet odgłosy miasta jakoś straciły na intensywności. Mężczyźni wpatrywali się w siebie, jakby widząc się po raz pierwszy. W powietrzu unosiło się rozgoryczenie i wyrzuty sumienia, ale stało się. Słowa zostały wypowiedziane i nie mogły zostać cofnięte. Dylan przeklął głośno, po raz kolejny kopiąc w już i tak zepsuty śmietnik.
- KURWA! – w jednym słowie zamknął całą wściekłość jaką odczuwał, a następnie gwałtownie odwrócił się w stronę przyjaciela. – Wiesz, co jest zabawne? Ja o tym doskonale wiem. Ale nigdy nie miałem odwagi powiedzieć tego głośno.
            Tyler wypuścił wstrzymywane powietrze i podszedł do przyjaciela, przyciągając go do męskiego uścisku. Po kilku sekundach poczuł, że O’Brien powoli się uspokaja, więc odsunął się i poklepał go po ramieniu.
- Ona...Ona jest. I cholernie mnie wkurwia to, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry. A już tym bardziej to, że ta pizda jest – brunet machnął ręką w nieokreślonym kierunku, widać mając  na myśli Ryana, który zniknął gdzieś w metrze.
- Przykro mi, stary – westchnął Tyler, na co jego przyjaciel tylko pokiwał głową.

- Ta... Mnie też.

***

Hejka! :)
Co prawda nie jestem już po maturach, bo została mi jeszcze historia, ale pomyślałam "co tam!"
No i jestem :p
Rozdział taki sobie, ale muszę się od nowa w to wkręcić i rozkręcić.

A! I została rozwiązana zagadka!
Pamiętacie, że w rozdziale "Noc Wielkiego Ups" zawarłam podpowiedź dotyczącą tego, co się wydarzy w przyszłości? 
Wszyscy zachwycali się małymi Sharmankami, a chyba nikt nie wpadł na to, że one były wskazówką! 

Dziękuję wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki w czasie matur!
To naprawdę bardzo, bardzo, bardzo wiele dla mnie znaczy.
Nawet nie zdajecie sobie z sprawy jak wiele.
Dla wszystkich, którzy są ciekawi: poszło mi chyba całkiem nieźle, ale dowiem się wszystkiego dopiero 5 lipca. 
Natychmiast wam o tym napiszę, bo to również wasza zasługa ;)

Także enjoy!
I do zobaczenia, mam nadzieję, już niedługo!

środa, 20 stycznia 2016

Przepraszam.

Jesteście najlepsi, wiecie o tym?
Prawie 130 tys. wyświetleń, 111 obserwujących, prawie tysiąc komentarzy...Ojej.
Zasługujecie na wszystko co najlepsze.

Oczywiście, jak wiecie, ja nie jestem taka wspaniała. Jestem fatalna, bezduszna, niezorganizowana i okropna. Nienawidzicie mnie, wiem.
Przez bardzo długi czas nie dawałam znaku życia.
A ja strasznie Was kocham, dlatego postanowiłam oficjalnie przekazać Wam swoją decyzję.

ATW JEST ZAWIESZONE.
Prawdopodobnie na dłuższy czas.

I wiem, że dla niektórych z Was nauka i matura to słabe wymówki. No bo przecież, czy faktycznie tak trudno znaleźć czas, żeby napisać parę zdań? Cóż, owszem. A kiedy już się trafi jakaś chwilka, to nie wińcie mnie, że wolę ją poświęcić rodzinie, przyjaciółkom, samej sobie.

Wrócę. Nie zostawię tej historii niedokończonej. Zabrnęło to wszystko za daleko, a Jade i Dylan zasługują na zakończenie. Niestety, prawdopodobnie dostaną je dopiero w maju.

Mam nadzieję, że za kilka miesięcy jeszcze ktoś tutaj zabłądzi ;)
Naprawdę przepraszam.

Kocham Was.
Susanne597

wtorek, 20 października 2015

19. Pomyłka.

Bałam się otworzyć oczy.
Bałam się, że kiedy to zrobię, wszystko okaże się moim głupim snem i zostanę dosłownie z niczym. A przed chwilą przeżyłam pocałunek życia i nie chciałam, by okazał się jedynie wymysłem. Dopiero gdy poczułam ból w płucach, zorientowałam się, że wstrzymywałam oddech, więc powoli wypuściłam powietrze.
- Jade...Ja...- usłyszałam głos chłopaka, więc odważyłam się uchylić powieki. Stał tam: bezradny i widocznie zagubiony, a szczerze mówiąc niedokładnie to chciałam zobaczyć w tych jego ciemnych oczach. – Ja...przepraszam...nie powinienem był...Przepraszam! Ja...To była pomyłka.
Zabolało mnie dosłownie całe ciało i miałam wrażenie, że upadnę na chodnik, a moje serce zaczęło szybciej pompować krew. Policzki natychmiast zrobiły się czerwone, a pięści zacisnęły tak mocno, że paznokcie poraniły mi wnętrza dłoni. Jednak czym były one przy złamanym...sercu? Ból przecież przenikał wszystko.
- Świetnie! – warknęłam i odwróciłam się w stronę klubu. Szybkim krokiem zmierzałam w stronę budynku, planując wejść do niego, znaleźć łazienkę i zamknąć się w niej do końca życia, który prawdopodobnie miał nastąpić dość szybko. Powstrzymywałam płacz, wiedząc, że kiedy pozwolę łzom płynąć, wyleje się ich zbyt dużo. A mój organizm się odwodni i umrę. 
Dylan ruszył za mną i chwycił mój przegub, więc spojrzałam na niego i zaśmiałam się gorzko. Wyglądał jak zbity psiak i niemal zrobiło mi się go szkoda. Niemal.
- Daj spokój, Młoda...
- Słucham? – syknęłam wściekła, gwałtownie wyrywając rękę z jego uścisku. – Dać spokój?! Czy ty siebie słyszysz! Boże, Dylan! - wzięłam kilka głębokich wdechów. – Czego ty w ogóle ode mnie chcesz? – zapytałam już spokojnie, ze słyszalną rezygnacją. Miałam dość. Całej tej sytuacji, niedomówień, wspaniałych momentów, które psuły się szybciej niż niezjedzona kanapka w torbie. Chciałam wiedzieć. Na czym stoimy, co on czuje, cokolwiek.
Ale on milczał. Na jego twarzy widziałam strach, poczucie winy i bezradność, ale przestało to już na mnie działać. Zacisnęłam usta w wąską linię. 
- Wiesz co? Lepiej to ty daj spokój. Mi. Po prostu...odpuśćmy sobie, okej?
Ponownie ruszyłam w kierunku klubu, ale tym razem nie próbował mnie zatrzymać. Mimo wszystko, niemal przy wejściu, sama postanowiłam się odwrócić.
- I jeszcze jedno – westchnęłam, rzucając mu ostatnie spojrzenie przez łzy, których nie udało mi się już powstrzymać. – Nigdy nie mów dziewczynie, że pocałunek z nią był pomyłką. Po prostu...nigdy. 
Moje nogi jeszcze nigdy nie były tak ciężkie. Mój żołądek jeszcze nigdy nie skurczył się do takich rozmiarów. Moje myśli jeszcze nigdy nie były tak pomieszane. 
Ryan mógł być moim pierwszym we wszystkim. Jednak Dylan wyprzedził go w jednej kategorii: on jako pierwszy złamał mi serce.

Atmosfera podczas powrotu do Nowego Jorku była tak gęsta, że niemal dało się ją kroić nożem. Nie odzywałam się do Dylana, a on chyba uszanował moją prośbę i faktycznie sobie odpuścił. Nie rozmawiał także z Ryanem, z oczywistych względów, choć to nie sprawiło wielkiej różnicy, bo nawet wcześniej wymieniali tylko kurtuazyjne zwroty. Reszta, jakby wyczuwając, że coś jest w powietrzu, chodziła dookoła nas na paluszkach, nie chcąc pogorszyć sytuacji. Tak jakby się dało! Szczerze, myślałam, że nie może być gorzej, ale jak zwykle los postanowił mnie zaskoczyć.
- Jade – Ryan uśmiechnął się do mnie, pomagając mi ściągnąć bagaż z taśmy. - Co ty na to, żeby uczcić nasz powrót?
Posłałam mu uważne spojrzenie, a moje nerwy jakby odrobinę się rozluźniły. Kelley zawsze tak na mnie działał: uspokajał mnie, wydobywał, to co najlepsze. Był przy mnie i dbał o mnie. Odwzajemniłam uśmiech.
- Co masz na myśli?
- Ty, ja, kino, kolacja, spacer? Cokolwiek.
To był pierwszy tak otwarty ruch z jego strony, mówiący „chcę cię z powrotem”. Poczułam na sobie wzrok dosłownie każdego z moich przyjaciół, a w tym także i Dylana, choć nie jestem pewna, czy on nadal mógł się cieszyć tym tytułem. Westchnęłam.
- Jasne, chętnie. Będzie fajne.
Złapałam kontakt wzrokowy z Holland, która nie wyglądała na zadowoloną, ale co mogłam poradzić. Gdybym mogła uszczęśliwić wszystkich – zrobiłabym to. Jednak Dylan tego nie chciał, przez co także ja byłam skazana na niepowodzenie i jedynie Kelley dawał mi taką szansę, by spowodować u niego radość. Więc dlaczego miałam tego nie zrobić?

- Dlaczego to zrobiłaś?!
Miałam wrażenie, że moje życie było dla nich bardziej ekscytujące niż niejedna telenowela. Schowałam twarz w poduszkę, a Crystal, Hol i Jamie zaczęły boleśnie szturchać mnie palcami.
- Bo tak.
Ta odpowiedź ich nie zadowoliła. Reed wyszarpnęła mi poduszkę, pozbawiając mnie w ten sposób ostatniego schronienia, przed ich ciekawskimi spojrzeniami.
- To nie jest odpowiedź. Pełnymi zdaniami, poproszę.
Rudowłosa podała mi tabliczkę czekolady, jakby stwierdzając, że przyda mi się to wsparcie, a ja westchnęłam głęboko. Wiedziałam, że dopóki im nie powiem, nie dadzą mi spokoju. 
- Bo z Dylanem nic nie wyjdzie, a Kelley to naprawdę cudowny chłopak i strasznie go kocham. Chce dla mnie jak najlepiej, zależy mu na mnie i często mi to okazuje. Znamy się jak nikt i zawsze przy mnie był, sprawiając, że stawałam się lepszą osobą. Jest moim...mistrzem Yodą! Moim moralnym kompasem. Z nim wszystko jest proste.
Dziewczyny wpatrywały się we mnie, nie robiąc nawet przerwy na mrugnięcie. Czułam się wyjątkowo niekomfortowo. W końcu odezwała się Jamie.
- Kochasz go? Naprawdę? 
- Tak – odpowiedziałam prawdopodobnie odrobinę za szybko i nawet w moich uszach zabrzmiało nie tak jak powinno. – Powinnam – jęknęłam w końcu. – Powinnam go kochać.
- Szczerze? – do dyskusji dołączyła się Crystal. – Ja uważam, że tak jest.
Nieomal zakrztusiłam się kawałkiem czekolady, ponieważ halo! Crystal była największą fanką Jylan, czy jak oni tam na nas mówili. 
- Serio?
- No. Ale jak brata.
Zamrugałam kilkakrotnie i skrzywiłam się malowniczo.
- Reed! Ja z nim uprawiałam seks! To ohydne!
Dziewczyny zaśmiały się głośno i po chwili także do nich dołączyłam. 
- Ja nie mówię, że kiedyś nie byłaś w nim zakochana...Ale, że teraz, po takim czasie...Po prostu kochasz go jak członka rodziny, przyjaciela. Ale zdecydowanie nie jest tym, który wywołuje u ciebie pożądanie i motylki w brzuchu.
- Dylan też nie wywołuje motylków – jęknęłam. – On powoduje tylko i wyłącznie dezorientacje i ból.
- Czasami właśnie po tym poznasz miłość – uśmiechnęła się Holland, a ja natychmiast zorientowałam się o czym mówi. Przecież ona i Colton rozstali się przez „toksyczną” relację, sprawianie sobie cierpienia i powolne wyniszczanie się. Ale się kochali. I nadal tak było. Chociaż Max był dobry i kochany. 
- Co z tobą? Kiedy zamierzasz powiedzieć Carverowi o pocałunku?
- Dzisiaj. Jesteśmy umówieni na kolację.
Zapadła cisza, ponieważ żadna z nas tak naprawdę nie wiedziała co powiedzieć. Jamie, siedząca najbliżej Rudej, objęła ją ramieniem. 
- Jakoś to będzie.
Tylko o tym teraz marzyłam: żeby jakoś to było.

Postanowiłam się nie stroić. Przecież Ryan i tak widywał mnie już w najgorszych stanach, więc przestał zwracać uwagę na to czy mam makijaż, czy nie. Dla niego i tak byłam piękna. Wzięłam głęboki wdech, po raz kolejny zerkając w lustro, próbując przekonać samą siebie do wyjścia z pokoju. Nie czułam tego podekscytowania co zazwyczaj. Przerażający brak emocji w porównaniu do chwil przed koncertem 5SoS. Ukryłam twarz w dłoniach. Nawet nie wiem kiedy to się stało! W jednej chwili zastanawiam się, na którym zależy mi bardziej, a w drugiej Dylan po prostu bierze mnie całą, dosłownie wszystko. Próbowałam znaleźć jakiś konkretny moment, ale chyba go nie było. O’Brien po prostu należał do tego rodzaju osób, które wchodzą do twojego życia nagle i gwałtownie, a po chwili orientujesz się, że nie wyobrażasz sobie, że mogłoby go w nim nie być.
Ktoś zapukał do drzwi, a ja przygryzłam wargę spodziewając się zniecierpliwionego Ryana. Jednak moje serce zatrzymało się na chwilę, zaskoczone widokiem obiektu moich nieustannych rozmyślań.
- Hej? 
- Hej – mruknął odrobinę niepewnie, jakby sam nie wiedząc co tu robi. – Szczerze, nie mam pojęcia dlaczego przyszedłem...- mówiłam? Znałam go. Znałam go tak dobrze, a i tak nie potrafiłam rozgryźć. – Wiem tylko, że...- przeczesał włosy ręką w nerwowym geście. – Nie idź na randkę z Ryanem.
Wciągnęłam powietrze. Próbowałam rozegrać to na spokojnie, jednak kiedy się odezwałam, mój głos był zachrypnięty.
- Dlaczego?
- Nie pasujesz do niego.
- A do kogo pasuję?
Cisza. Był cholernym psem ogrodnika! Nie chciał mnie, ale też nie chciał bym była kogoś innego. 
- Jade...to nie jest takie proste i dobrze o tym wiesz.
- No właśnie nie – poczułam jak znów tracę nad sobą kontrolę, co przy chłopaku zdawało mi się bardzo często. – To jest proste! Ty jesteś wolny, ja jestem wolna...Co jeszcze ci nie pasuje?!
- Twoja wielka miłość śpiąca na kanapie! To, że jesteś moją najlepszą przyjaciółką i nie chcę tego zepsuć! To, że nie nadaję się do związku, a ty na niego zasługujesz! 
Byłam prawie pewna, że nasi współlokatorzy podsłuchują pod drzwiami, ale nie miałam czasu by się tym przejmować. Wściekłość mnie rozsadziła.
- Twój związek ze Spencer był wprost kwitnący! 
- Ale ty to nie Spencer! 
Zacisnęłam usta.
- Masz rację. Nie jestem najseksowniejszą kobietą świata. Przepraszam. 
Chłopak przewrócił oczami, i chciał się odezwać, ale mu przerwałam. Wiedziałam co miał zamiar powiedzieć „nie o to mi chodziło”. No nieważne. 
- Ty po prostu nie chcesz związku ze mną – wyminęłam go i otworzyłam drzwi. – Ale ktoś inny tak. Nie mogę czekać, aż się zdecydujesz. Nie chcę czekać. Mam swoją dumę, Dylan. Nie powinieneś się nią bawić...
Weszłam do salonu, ściągając na siebie zmieszane spojrzenia współlokatorów. Oczywiście, że wszystko słyszeli. Nasze mieszkanie nie miało grubych ścian. Uśmiechnęłam się do Ryana, który wyglądał na skrępowanego.
- Idziemy? Mam ochotę na popcorn!
Max był cudowny. Holland uśmiechała się za każdym razem, gdy na niego patrzyła. Miał w oczach tak niesamowitą dobroć i uczucie, że ściskało jej się serce. A teraz musiała zranić tego wspaniałego, kochanego człowieka.
Opowiadał jej jakąś historię o swoim bracie, ale w ogóle jej nie słuchała. Zamiast tego wpatrywała się w swój talerz, grzebiąc widelcem w kolorowej sałatce, próbując ułożyć sobie w myślach jakąś przemowę.
- Hol, co jest?
Podniosła na niego swoje piwne oczy. Nie była gotowa! Halo, ona nie była jeszcze gotowa!
- Muszę ci o czymś powiedzieć – słowa same jej się wymsknęły i miała wrażenie, że nie kontroluje już swojego ciała, a zwłaszcza swoich ust. Max zmarszczył czoło, dostrzegając niepokój i niesamowity strach na jej twarzy.
- W porządku...
Roden wzięła kilka głębokich oddechów, a po jej policzkach zaczęły spływać łzy. Próbowała sobie przypomnieć cokolwiek z tego, co ułożyła sobie przed minutą, ale na próżno. 
- Nie chciałam tego...Jesteś fantastycznym chłopakiem! Najwspanialszym jakiego znam...Przepraszam cię tak mocno! Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić!
Chłopak czuł, jak robi mu się niedobrze z każdym kolejnym słowem ukochanej, ale zachował spokój. Nigdy nie należał do nerwowych osób i choć serce mu się krajało na widok zarówno łez dziewczyny, jak i jej słów, nie okazał żadnych emocji. 
- Colton? – znał ją za dobrze. Ale w sumie była mu wdzięczna, że ją wyręczył i to nie ona musiała wypowiedzieć imię Haynesa na głos. Zacisnęła powieki, spodziewając się wyrzutów, żalu lub złości, ale nic takiego się nie stało. Max po prostu wstał bez słowa i chwycił swoją marynarkę. Podszedł do niej, całując ją w czubek głowy. Ciałem rudowłosej wstrząsnął szloch, a Max mimowolnie stwierdził, że były to najtrudniejsze kroki w jego dotychczasowym życiu: tak po prostu od niej odejść. Ale przecież to ona go skrzywdziła! To ona wybrała Coltona! Zawsze wiedział, że dziewczyna nie czuła do niego tego, co do Hynesa, ale liczył, że z czasem się to zmieni. Był naiwny. Prawdziwą miłość można uśpić na jakiś czas, ale nie uda jej się zabić. Zawsze jakoś wypłynie. 
- Szczęścia – mruknął i wyszedł z restauracji, odprowadzony jej załzawionym spojrzeniem. 


***

Wiem, że krótko.
Ale postanowiłam napisać COKOLWIEK.
Bo nie było mnie tu już DWA MIESIĄCE. To chyba nowy rekord.
I wiem, że mnie nienawidzicie. Ale obiecuję poprawę. 
Kocham Was bardzo i proszę o wybaczenie.
Jestem gotowa na krytykę: hejt start!

EDIT: Okej, jestem tchórzem. Nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej. Dopiero kiedy wczoraj dodałam rozdział, odważyłam się przeczytać komentarze pod poprzednim.
I po pierwsze: dziękuję tym, którzy mnie bronili. Jesteście wspaniali i nie mogłabym wymarzyć sobie lepszych czytelników! Kocham Was!
A co do całej reszty: to macie rację. Przepraszam Was bardzo, za to że tak długo nie pisałam i nie dawałam znaku życia. Przez myśl mi nie przeszło, że możecie się o mnie martwić! No i zasługujecie na wyjaśnienia, więc oto one.
Jak większość z Was wie, jestem w klasie maturalnej. I jest to naprawdę duża presja pod względem nauki. Którą nakładam na siebie nie tylko ja, ale także rodzice i moja "cudowna, wybitna oraz chwalona" szkoła. Nie jest ważne, czy matematyka liczy się na studiach, czy tylko muszę ją zdać. I tak mam ją napisać na jak najwięcej procent, a samo "zaliczenie" to ujma dla mnie i całego liceum. 
Bla, bla, bla.
Więc nas nieźle gonią. Nieustannie mam zajęcia maturalne w szkole (przed i po lekcjach), nie mówiąc już o prywatnych dodatkowych lekcjach i zajęciach pozalekcyjnych, jak teatr czy debaty.
Oprócz matury, mam też niesamowitą ilość aktualnych sprawdzianów, odpowiedzi i kartkówek, na które nie mam kiedy się uczyć. No i muszę dojeżdżać do liceum do innego miasta. Moim znajomym droga do domu zajmuje dziesięć minut. Mnie? Minimum godzinę, co też jest bardzo męczące.
Nie zapominajmy też o zwykłych problemach: z facetami, przyjaciółkami, rodziną i codziennością.
I przez pierwsze tygodnie, naprawdę trudno było mi się połapać w tym nagłym chaosie.
Ale już jest lepiej! Zaczęłam odpowiednio organizować swój czas i biorę tabletki na zwiększenie energii, a także zmniejszenie stresu. 
Więc mam nadzieję, że następny rozdział nie pojawi się już po takiej przerwie, ale też nie złośćcie się na mnie, jeśli będziecie musieli czekać miesiąc. Ja za to postaram się, by to było maksimum. 
Mam nadzieję, że mi wybaczycie i przyjmiecie moje przeprosiny ;)

piątek, 28 sierpnia 2015

18. Moja dziewczyna

- Kupił ci co?! – pisnęła Holland, wpatrując się w dwa kartoniki, trzymane w dłoni. Posłałam jej szeroki uśmiech i całą siłą woli musiałam powstrzymywać się by, nie krzyczeć z radości. 
- No wiem – westchnęłam. – Najlepszy prezent, jaki mogłam sobie wymarzyć!
Wyszliśmy na festyn na promenadzie i teraz chłopcy próbowali wygrać dla nas jakieś nagrody, a my stałyśmy kawałek dalej, omawiając zachowanie O’Briena. 
- To zdecydowanie przebija różę Ryana! – uśmiechnęła się Ruda, co jakoś mnie nie zaskoczyło. Ona od zawsze była w #TeamDylan. 
- To będzie wasza pierwsza oficjalna randka – Crystal wyglądała na równie podekscytowaną co ja. Oderwałam odrobinę waty cukrowej z jej porcji, z racji, że swoją zjadłam już dawno.
- Denerwuję się...
- Niepotrzebnie. Po tylu nieoficjalnych, nie powinno być trudno.
Moja współlokatorka miała rację. Bywałam już z nim sam na sam. Bardzo często. Łyżwy, mecz, czy nawet te pozornie nic nie znaczące wieczory, podczas których oglądaliśmy filmy, leżąc w moim łóżku. Tyle, że to wszystko robiliśmy jako przyjaciele. A na koncert szliśmy jako...hmm, jako kto? Para? Prawie-para? Niedoszli? 
Westchnęłam ciężko i dałam dziewczynom znak, by skończyć rozmowę. Chłopcy szli już w naszym kierunku, a ja nie chciałam by, któryś cokolwiek usłyszał. 
- Mam coś dla ciebie – Ryan objął mnie ramieniem i wręczył maskotkę Pingwina z Madagaskaru. 
- Dziękuję – uśmiechnęłam się szeroko, bo powiedzmy sobie szczerze: to było urocze. Cmoknęłam go w policzek, a jego oczy rozjaśniały, wywołując we mnie wyrzuty sumienia. Nie powinnam była tego robić. 
Ruszyliśmy dalej, aż w końcu zdecydowaliśmy się wejść do jasno oświetlonej kręgielni. Śmiejąc się i żartując, zajęliśmy jeden tor, a Josh wprowadził nasze imiona. Każdy kto mnie znał, wiedział, że byłam fatalna w tej dziedzinie sportu. Moja kula dwa razy wylądowała w rynnie, ale nie przejęłam się. Przyzwyczajenie hartuje człowieka. 
Ryan z kolei był pewny wygranej, co zupełnie mnie nie zdziwiło. Był świetny i zawsze kiedy wychodziliśmy z przyjaciółmi na kręgielnię, to on wygrywał wszystkie rozgrywki. Chwycił ciężką, ciemnoróżową kulę i podszedł do mnie. 
- Chuchnij na szczęście.
Zaśmiałam się, bo to był nasz dawny zwyczaj. Kelley nieodmiennie twierdził, że byłam jego amuletem, co było dziwne, ponieważ sama nie mogłam nazwać się osobą pobłogosławioną fortunnym losem. Spójrzmy choćby na ostatnie miesiące: chłopak, którego lubię spotyka się z najseksowniejszą kobietą świata, a kiedy w końcu z nią zrywa i zaczyna coś do mnie czuć...pojawia się mój były. Świat musiał mieć ze mnie niezły ubaw. 
Ale chyba jednak się pomyliłam, ponieważ Ryan ustrzelił pięknego strike’a. Razem ze wszystkimi zaklaskałam, a on podszedł do mnie i pocałował mój policzek.
- Nieodmiennie jesteś moim szczęściem.
To wystarczyło by Dylan mruknął coś pod nosem i ruszył w stronę baru, pod pretekstem kupienia przekąsek. Westchnęłam przeciągle, łapiąc kontakt wzrokowy z Holland, która ruszyła za chłopakiem. To przecież nie jest moja wina!

Usiadł na wysokim stołku, a znudzona nastolatka za ladą jakby się ożywiła. 
- Coś podać? 
- Nie.
Spodobał jej się, wiedział o tym. Ale po pierwsze: z pewnością była kilka lat młodsza od niego. Za młoda. Po drugie: wyglądała jak dziewczyna, która rzuca się na pierwszego lepszego, a on zdecydowanie w takich nie gustował. Po trzecie: pracując w takim miejscu jak to, musiała pachnieć jak ser i nachosy, a choć je lubił, to z pewnością nie aż tak, by się z nimi umówić. No i po czwarte: nie była Jade.
Jade, która teraz siedziała obok tego frajera, ściskając maskotkę, którą od niego dostała. Dmuchając na jego kulę, by przynieść mu szczęście. Prychnął pogardliwie. On nawet nie zdawał sobie sprawy, że już był pobłogosławiony dobrym losem. Przecież taka dziewczyna jak Jade, w ogóle nie powinna była zwrócić uwagi na taką cipę, jak on. Nie mówiąc już o tym, że była z nim przez tyle lat i oddała mu bardzo dużo części siebie.
Zbyt wiele. 
- Nie mów, że rezygnujesz – Hol zajęła miejsce po jego prawej i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Zostaw mnie – mruknął, nawet nie podnosząc na nią wzroku. 
- Ona cię lubi – Ruda położyła mu dłoń na ramieniu, a on ledwo powstrzymał się, by jej nie strącić. Nie potrzebował litości, jednak nie chciał zranić przyjaciółki.
- Być może – skinął głową. – Ale on jest tak dużą częścią jej przeszłości, że szczerze mówiąc, nie wiem jak z nim konkurować.
Po raz pierwszy wyrzucił z siebie na głos to, co tak długo go dręczyło. 
- Ale z jakiegoś powodu z nim zerwała, prawda? Boże, gdzie się podział ten pewny siebie Dylan, który bawił się laskami jak klockami w przedszkolu?
- On był jej pierwszym we wszystkim. Czegokolwiek bym nie zrobił, to on zawsze będzie o krok przede mną.
- To może po prostu sobie odpuścisz – rzuciła Roden, na pozór lekko, jednak czujnie obserwując przyjaciela. – Jest pełno innych dziewczyn. Chętnych i bez bagażu...Już nie raz tak robiłeś.
- Żartujesz?! – brązowe oczy otworzyły się szeroko. – Nie mogę...To jest Jade. Tak się nie da.
Rudowłosa uśmiechnęła się z satysfakcją.
- Mój mały Dylanek dorasta – zaśmiała się i zmierzwiła jego ciemną czuprynę. – Więc chyba nie masz wyjścia co? Nie możesz odpuścić, to musisz walczyć. A siedzenie tutaj i pozwalanie, by ten koleś mógł ją sobie swobodnie czarować, za żadną cholerę nie jest walką. 
- Dzięki, Hol - chłopak pokiwał głową. Jego przyjaciółka miała rację. Nie będzie ciotą. Ta rola jest już obsadzona i z pewnością przypadła Ryanowi. Nie odda Gardner tak łatwo.
- I pamiętaj – Holland położyła mu dłoń na ramieniu. – Ty jesteś pierwszym, który zabiera ją na koncert 5SoS. Przeszłości nie zmienisz, ale zawsze możesz zbudować przyszłość.
- Pierdolisz jak w komedii romantycznej – O’Brien pokazał jej język, ale w myślach poważnie zastanowił się nad jej słowami. Nie wiedział kiedy stała się taka mądra. – Dzięki. 

Następnego dnia poszliśmy na plażę, a wieczorem do klubu i zanim się obejrzałam, nastał dzień koncertu. Z każdą minutą umierałam co raz bardziej, chcąc już znaleźć się pod sceną i zobaczyć piękne twarze swoich idoli.
- Co zakładasz? – zapytała Jamie, rozwalona na moim łóżku. Hol i Crystal okupowały miejscówkę tej pierwszej. Ja w samej bieliźnie stałam na samym środku pokoju, tuż przed otwartą walizką, próbując znaleźć rozwiązanie. Nie miałam pojęcia. Chciałam wyglądać dobrze. Chciałam wyglądać idealnie, a jakoś nic mi nie pasowało. 
- Dylan uwielbia cię we wszystkim – Reed przewróciła oczami. – Załóż cokolwiek.
- Tu nie chodzi o niego – prychnęłam, chociaż wszystkie dobrze wiedziałyśmy jaka była prawda. – Tu chodzi o Hemmingsa. 
- Luke jest słodziutki, ale osobiście jestem Ashton Girl – westchnęła Cote, sięgając do leżącego przed nią talerzyka po ciastko. – Zazdroszczę ci, że zobaczysz ich na żywo. 
- Ja też sobie zazdroszczę – skinęłam głową, a w tym samym czasie otworzyły się drzwi i wsunęła się przez nie głowa Dylana.
- Mam nadzieję, że to nie jest to w czym idziesz, bo jeśli tak to zostajemy w domu do kurwy! – warknął, mierząc moje ciało spojrzeniem. Doskonale wiedząc, że jestem cała czerwona, szybko chwyciłam ciemne jeansy, rozcięte na kolanach i czarny tank top z napisem „Avada Kedavra! Nope, you’re still bitch”.  
- Już idę.
Na nogi wciągnęłam czarne vansy i żartobliwie szturchnęłam O’Briena, który wyglądał na trochę zniecierpliwionego. 
- No w końcu – jęknął i ramię w ramię, odprowadzani spojrzeniami naszych przyjaciół, wyszliśmy z domu. Na Ryana nie chciałam patrzeć. To miał być miły wieczór. 
- Nie wiedziałam, że lubisz Sosów. 
- Bez szału. Ale są w porządku. 
Zmarszczyłam czoło, nagle powątpiewając w powodzenie całego przedsięwzięcia.
- To dlaczego...
- Bo ty ich uwielbiasz.
Dylan był idealnym dowodem na to, że chłopak może być seksowny jak cholera, ale równocześnie totalnie uroczy. Pisnęłam, zadowolona z odpowiedzi i chwyciłam go pod ramię.
- Ow – miauknęłam. – To takie słodziutkie, Dylanku.
- Jezu, weź skończ – przewrócił oczami, ale widziałam, że jest rozbawiony. Postanowiłam to ciągnąć.
- Ale jesteś, Honey-poo! Jesteś jak jedno słodziutkie radosne słoneczko z tęczowej krainy! 
Jego wielka dłoń wylądowała na mojej twarzy, kiedy spróbował mnie uciszyć.
- Jaka ty bywasz denerwująca! Nie jestem uroczy. Jestem seksowny. Mylisz pojęcia, skarbie.
- O nie, nie wydaje mi się – zdecydowanie pokręciłam głową. – Pamiętasz taką bajkę „Troskliwe misie”? Jesteś jednym z nich! Taki jesteś uroczy! 
- Boże – westchnął cierpiętniczo. – Za jakie grzechy?
Zachichotałam, ale skończyłam swoje żarty, ponieważ doszliśmy już na miejsce. Przed nami rozciągał się tłum podekscytowanych nastolatek, ściskających banery, robiących zdjęcia i podskakujących z podekscytowania. Gdyby nie Dylan, zapewne wyglądałabym podobnie. On jednak ściskał moją rękę i uśmiechał się do mniej w ten jedyny i niepowtarzalny sposób, skutecznie odciągając moje myśli od chłopaków z Australii, których miałam zobaczyć już za chwilę.
Ustawiliśmy się w kolejce do sprawdzania biletów i rozmawialiśmy. To było zupełnie tak, jakby nic się między nami nie zmieniło i niemal popłakałam się z uczucia ulgi. Bałam się, że może być niezręcznie, ale zachowywaliśmy się jak zawsze. Jak najlepsi przyjaciele. Żartowaliśmy, śmialiśmy się i wpatrywaliśmy się sobie w oczy, a on przez cały czas nie puszczał mojej ręki. Kiedy w końcu zostaliśmy wpuszczeni do środka, poprowadził mnie na płytę i skutecznie eliminował kolejne osoby, tak, byśmy mogli znaleźć się jak najbliżej sceny. Chichotałam za każdym  razem, kiedy przypadkowo na kogoś wpadał/deptał/kopał. W końcu, gdy widok sceny był zadowalający, stanął za mną i objął mnie od tyłu ramionami, opierając brodę o czubek mojej głowy.
- Nie wierzę, że tu jestem – nie sądziłam, że potrafiłam się tak szeroko uśmiechać. – Dziękuję.
- Wydaje mi się, że znasz lepsze sposoby na okazanie wdzięczności – nie widziałam jego twarzy, ale mogłam sobie wyobrazić jak unosi do góry kącik ust, a jego oczy błyszczą, mówiąc o tym, co zostało zawarte między wierszami. Przygryzłam dolną wargę i odwróciłam się tak, by stać przodem do niego. Och, był taki idealny. Jego ręce wsunęły się pod mój tank top, a ja zadrżałam, mimo że wcale nie było mi zimno. Wręcz przeciwnie, zrobiło się strasznie gorąco. Miałam wrażenie, że wszystko zniknęło i byłam tylko ja i on.
A potem na scenę wszedł suport i dziewczyny dookoła nas zaczęły piszczeć, więc posłaliśmy sobie tajemnicze uśmiechy, a następnie odwróciłam się w stronę sceny. Zespół, który grał przed Sosami był dobry, ale dopiero kiedy Australijczycy pojawili się na scenie, zaczął się prawdziwy show. Skakałam ze wszystkimi, zdzierałam sobie gardło na każdej piosence i nie mogłam oderwać od nich wzroku. Byli tacy cudowni!
Kiedy grali „End up here” Dylan wziął mnie na barana, tak bym mogła lepiej widzieć zespół i przysięgam, że Hood puścił mi oczko! Przez chwilę obawiałam się, że spadnę, ale O’Brien mocno mnie trzymał, nie chcąc, by coś mi się stało. Jego dłonie błądzące po moich udach odrobinę mnie rozpraszały. 
- Dzięki za dzisiaj! Byliście niesamowici, Los Angeles! Teraz przed nami ostatnia piosenka - zawołał Luke, wywołując jednocześnie falę radosnych pisków jak i smutku, z racji zakończenia koncertu. Rozległ się znany wszystkim rytm „She looks so perfect”, a ja zeszłam z ramion Dylana, który ponownie objął mnie swoimi męskimi ramionami. To był idealny wieczór.
- You look so perfect standing there, in my American Apparel underwear, and I know now that I’m so down. I’ve made a mix tape straight out of ’94. I’ve got your ripped skinny jeans lying on the floor, and I know now that I’m so down – Dylan nucił mi do ucha i choć może jego wokalu nie dało się porównać z głosem Hemmingsa, to jakoś mi to nie przeszkadzało. Wtuliłam się w niego jeszcze mocniej i o to, pomyślałam, było czyste szczęście.
Kiedy koncert się skończył, żadne z nas nie miało ochoty wracać do domu. Nogi same poniosły nas na plażę i spacerowaliśmy oświetlanym przez księżyc brzegiem oceanu. Czułam się jak w filmie, albo we śnie i proszę, westchnęłam w myślach, niech nikt nie próbuje mnie obudzić! 
Usiedliśmy na wilgotnym piasku. On z nogami wyprostowanymi, a ja rozłożyłam się wygodnie z głową na jego kolanach. Znowu rozmawialiśmy. O wszystkim. Tak jakby te wszystkie tygodnie milczenia, złości i niepewności nigdy nie miały miejsca. Jak wtedy, kiedy wszystko było proste: na samym początku.
Chłopak leniwie bawił się moimi włosami, a ja przymknęłam oczy, rozkoszując się jego dotykiem. 
- Co sobie o mnie pomyślałeś, kiedy zobaczyłeś mnie po raz pierwszy? – zapytałam, a on zaśmiał się głośno.
- Kim jest ten skrzat z walizką trzy razy większą od siebie...Au! – z trudem i pod dziwnym kątem, udało mi się uderzyć go w ramię. – A zaraz potem zmieniło mi się na: kim jest ta wariatka, która zjadła chilli Crystal?
Zachichotałam, modląc się, żeby nie spytał mnie o to samo. Próżne nadzieje, ponieważ chwilę później usłyszałam dokładnie to. Przygryzłam wargę. No i co ja mu miałam powiedzieć?
- Że za każdym razem kiedy się uśmiechasz, to gdzieś na świecie rodzi się jednorożec – mruknęłam niewyraźnie, ale chłopak i tak musiał mnie zrozumieć, ponieważ wybuchnął śmiechem i przez dobrą chwilę nie mógł się uspokoić.
- Cicho! – warknęłam, ale on tylko pocałował mnie w czoło, co sprawiło, że odrobinę zaniemówiłam.
- Jesteś cudowna, wiesz?
Nie wiedziałam i miło było to usłyszeć. Siedzieliśmy jeszcze chwilę, ale kiedy zrobiła się druga w nocy, postanowiliśmy wrócić do domu. Ta randka już i tak była idealna. Kiedy doszliśmy pod drzwi zatrzymaliśmy się w niemym wyczekiwaniu. Posłałam mu najbardziej uwodzicielskie spojrzenie jakie mogłam i przez moment wydawało mi się, że działa. A jednak nic się nie stało. Pocałował mnie jedynie w policzek i obdarował swoim słynnym uśmiechem.
- Dobranoc, Jade. Było świetnie. 
I poszedł. Wszedł do środka, zamykając za sobą drzwi, a mnie zostawił przed wejściem. Co do kurwy?

Dziewczyny zarzuciły mnie gradem pytań o koncert, Dylana i cały wieczór. Odpowiadałam lakonicznie i bez zbędnej ekscytacji, choć to przecież była najlepsza noc mojego życia. No prawie. Była by o wiele lepsza, gdyby zakończyła się pocałunkiem. 
Nie wiedziałam o co chłopakowi chodzi. Wiedziałam, że nie czuł się gotowy na poważny związek. To przecież mi powiedział. Że nie był pewien czy chce się angażować i ryzykować, że wszystko zepsujemy. Ale chyba na to było już za późno. Nie wyobrażałam sobie, że moglibyśmy teraz wrócić do czysto przyjacielskich relacji. To tak jak z podartą kartką papieru: możesz ją skleić, ale i tak będzie widać, że kiedyś została zniszczona. Nadal będą na niej wszystkie rysy i rozdarcia. 
Ostatniego wieczoru w LA wyszliśmy do klubu i mieliśmy zamiar zostawić w nim resztę pieniędzy, jakie przywieźliśmy. Chciałam się upić i nie przejmować tym cholernym chłopakiem, którego czekoladowe oczy nawiedzały mnie dosłownie cały czas. 
Bez problemów zostaliśmy wpuszczeni do budynku przez barczystego ochroniarza i zajęliśmy kanapy w kącie. Wypiliśmy parę shotów i ruszyliśmy na parkiet. Tańczyłam z każdym z naszej loży (w tym także z Dylanem i z Ryanem) a nawet podrywał mnie jakiś starszy koleś, którego jednak szybko spławiłam. Bawiliśmy się świetnie i po jakichś dwóch godzinach wszyscy byli już zadowoleni i pijani. 
- Dajcie mi kieliszek – jęknęłam, wyciągając dłoń w stronę Dylana. Chłopak posłał mi powątpiewające spojrzenie, ale posłusznie spełnił mój rozkaz. 
- Nie sądzisz, że masz już dość?
- Nie.
Wzruszył ramionami i wlał mi wódki, za co obdarzyłam go szerokim uśmiechem. Szybko wyzerowałam alkohol a Ryan zaśmiał się głośno i objął mnie ramieniem.
- To moja dziewczyna!
Nie wiem czy to przez przyjęte tego dnia procenty, czy może coś w końcu pękło, ale Dylan zmroził Kelly’ego spojrzeniem i warknął.
- Nie sądzę, żeby ona była twoja.
Przy naszym stoliku zapadła cisza, a mój wzrok błądził od jednego do drugiego, jak na meczu tenisa. To nie miało skończyć się dobrze. Czułam jak mój były napina mięśnie.
- Jade jest moja. Zawsze była i zawsze będzie. 
Potem wydarzenia posypały się błyskawicznie. Dylan wstał gwałtownie ze swojego miejsca, przy okazji przewracając stolik, na którym stał alkohol. Kieliszki poprzewracały się, oblewając nas wszystkich, ale w sumie nikt się tym nie przejął. Ponieważ O’Brien doskoczył do Ryana i uderzył go prosto w twarz. Zszokowana zakryłam usta dłonią, obserwując jak mój przyjaciel próbuje skopać tyłek mojej byłej miłości i nie byłam w stanie się poruszyć. Zwróciliśmy na siebie uwagę ochroniarzy, którzy szybko znaleźli się przy walczących i siłą wyprowadzili Dylana z klubu. Kelley usiadł na kanapie, widocznie zaskoczony tym co się stało i z twarzą pokrytą krwią. Gdyby nie alkohol, zapewne oddałby brunetowi, co prawdopodobnie nie skończyłoby się dobrze. Przez chwilę walczyłam sama z sobą czy zostać i zająć się Ryanem, czy też ruszyć za Dylanem, ale szybko podjęłam decyzję. 
Przebiłam się przez tłum tańczący na parkiecie i wybiegłam z klubu. Rozejrzałam się po ulicy, jednak nie musiałam daleko szukać. Chłopak siedział na krawężniku i oglądał swoją dłoń, która nie wyglądała ciekawie. Również krwawiła, ale z pewnością mniej niż twarz Ryana. 
- Co ty sobie kurwa myślisz! – warknęłam, zbliżając się do O’Briena. Zaskoczony podniósł głowę, a na mój widok, na jego twarzy pojawił się ten charakterystyczny, sarkastyczny uśmieszek.
- Sorry.
Przez chwilę, aż zaniemówiłam z oburzenia.
- Sorry?! Sorry?! Wiesz gdzie sobie możesz wsadzić to głupie „sorry”? W dupę. Jak mogłeś? Boże, jesteś takim kretynem...
Odwróciłam się na pięcie i zamierzałam odejść, ale on szybko chwycił mnie za nadgarstek. Próbowałam się wyrwać, jednak był ode mnie o wiele silniejszy. 
- Co?! – warknęłam zirytowana, z pewnością nie spodziewając się odpowiedzi, którą otrzymałam.
Bo Dylan tak po prostu przyciągnął mnie do siebie i zachłannie wpił się w moje usta. 

***

Jak zwykle poślizg.
Miał być jednodniowy, wyszedł dwudniowy, przepraszam bardzo.
Mea culpa, czy jak to tam się pisze.
Rozdział mi się nie podoba, a mój mały potworek, zwany Weną, poszedł na wakacje.
Dodam coś w przyszłym tygodniu, prawdopodobnie w poniedziałek lub wtorek.
Wtedy też napiszę wam, jak to będzie funkcjonować w roku szkolnym, ale prawdopodobnie będzie kiepsko z czasem.
Klasa maturalno, witaj!

Jeśli chodzi o treść... Cóż, ci, którzy oglądali trailer, prawdopodobnie się tego spodziewali.
Co do końcówki rozdziału to...Poczekajcie z falą szczęścia ;)

Dziękuję za cierpliwość i mam nadzieję, że chociaż coś się Wam podoba.
Kocham was i proszę o komentarze <3
:*

środa, 19 sierpnia 2015

17. Zabij go.

- Jedziemy do LA! Jedziemy do LA! – Jamie podekscytowana podskakiwała na swoim miejscu, niczym postać z kreskówki na dragach. Josh siedział rozciągnięty obok niej, całkowicie ignorując wszystko co mówiła i przeglądając instagrama. Oto jak wygląda miłość nastolatków. 
- Nie mogę się doczekać plaży – jęknęłam, wyobrażając sobie cudowne morze i ciepły piasek pod stopami. 
- Myślę, że może być ona rozwiązaniem twoich problemów – skinęła głową Cote, a ja posłałam jej zdezorientowane spojrzenie. – No wiesz...- zrobiła kilka mało subtelnych ruchów głową, wskazując Dylana i Ryana niedaleko. - Poznasz tam jakiegoś przystojniaka i olejesz obu.
Przez chwilę wpatrywałam się w jej uśmiechniętą twarz, a następnie zwróciłam się do Josha.
- Podziwiam cię.
Chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Nie jest najbystrzejsza, ale przynajmniej ładna...ał! – skrzywił się, kiedy jego ukochana uderzyła go łokciem w brzuch. Robiła to tak często, że musiał wyglądać jak dalmatyńczyk pod tą jasnozieloną koszulką. 
- Uwielbiam lotniska! – Crystal opadła na wolne siedzenie obok mnie i pomachała mi przed twarzą kilkunastoma foliowymi torebkami. -  Strefa bezcłowa, kochanie!
Czekaliśmy na nasz samolot i dziewczyna postanowiła spędzić ten czas na zakupach. Ja wolałam odpocząć, do czasu gdy nie wywołają naszego lotu, jednak te niewygodne, metalowe krzesełka bardzo mi to utrudniły. One oraz pełna entuzjazmu, nieustannie mówiąca Jamie.
Chociaż mieliśmy jechać wszyscy, parę osób się wykruszyło. Co z jednej strony było dobre, ponieważ nikt nie musiał spać na podłodze, a z drugiej, jakoś tak dziwnie było się bawić nie w komplecie. Ostatecznie jechali wszyscy moi współlokatorzy, Ryan, Cote z Joshem oraz Holland, która chyba najbardziej cieszyła się z niepełnego składu wycieczki. Maks obiecał rodzicom, że wróci na przerwę do domu, ponieważ jego bratu urodziła się córeczka, a Colton dostał jakąś małą rólkę w serialu, której nie mógł odpuścić. Mogła więc spokojnie się bawić, nie będąc nieustannie między młotem i kowadłem, obserwowana przez dwie pary cudownych oczu. Jak co niektórzy. Ekhem. Ekhem. 
Wielka błyszcząca strzałka wskazuje na Jade Gardner.
  Uśmiechnęłam się do Ryana, łapiąc jego spojrzenie, a on natychmiast to odwzajemnił i puścił mi oczko. O jeju...
Po kilkunastu minutach nareszcie zapowiedzieli nasz samolot, więc wszyscy ruszyliśmy się ze swoich miejsc. Przeszliśmy ostatnie inspekcje, które chyba jako jedyny człowiek na ziemi naprawdę lubiłam. Kochałam latać i podróżować, nieważne jak, gdzie i po co. Sprawnie zajęliśmy siedzenia i na całe szczęście udało mi się nie wylądować między Kellym a O’Brienem. To by była porażka. Otrzymałam jednak miejsce obok tego drugiego, co oczywiście mi nie przeszkadzało, zwłaszcza, że z drugiej strony siedziała Holland.
- Dylan -  wydęłam dolną wargę i posłałam mu spojrzenie w stylu „głodny szczeniaczek”. – Nie chciałbyś się zamienić na miejsca? 
Westchnął cierpiętniczo, ale wiedziałam, że się zgodzi. W końcu coś do mnie czuł, prawda? Nie to, że chciałabym to wykorzystać, ale...Naprawdę lubiłam siedzieć przy oknie.
Zdziwiłabym się jednak, jeśli przystałby na moją prośbę bez gadania i marudzenia.
- Mi tu wygodnie – burknął, jeszcze bardziej się rozsiadając (co było naprawdę utrudnione w tych cholernych, wąskich, tanich liniach lotniczych). 
- No prooooszę...
- Co za to dostanę? – uśmiechnął się chytrze, a ja przecież mogłam spodziewać się takiego pytania. Wzruszyłam ramionami.
- A czego chcesz?
Udawałam, że nie dostrzegam wyraźnej sugestii w jego ciemnych oczach. To on się tu miał starać, no halo! Oficjalnie stałam się okropna. Westchnęłam i pocałowałam go w policzek, prawdopodobnie trzymając usta przy jego skórze odrobinę za długo. 
- Wystarczy? – mruknęłam, dosłownie wiedząc, że wyglądam jak cholerna truskawka.
- Na razie tak.
Na razie? Zamieniliśmy się na siedzenia, co było bardzo niewygodne i dało chłopakowi idealną okazję by spojrzeć na moją klatkę piersiową z bardzo bliska. Prawie usiadłam mu na kolanach, żeby się przemieścić, ale jakoś tego uniknęłam. Tracąc przy tym resztki gracji, jeśli kiedykolwiek takie posiadałam. 
Czerwona i dziwnie zdyszana opadłam na fotel, burcząc ciche „dziękuję”. Chłopak nic nie odpowiedział, tylko oparł głowę o moje ramię. 
- Jestem śpiący, a przez ciebie nie mam się o co oprzeć.
Starałam się ignorować zapach jego męskiego szamponu i w ogóle bliskości, od której zdążyłam się już odzwyczaić. Oparłam gorące czoło o chłodną szybę. Zapowiadał się długi lot.

Dom cioci Jamie nie był taki jaki sobie wyobrażałam. Słysząc „budynek w LA” wyobrażałam sobie gigantyczną willę pełną złota i szkła, ale prawdopodobnie naoglądałam się za dużo amerykańskich młodzieżówek. Niemniej, posiadłość była wystarczająca dla naszej grupki, zadbana, blisko plaży, a na tyłach rozciągał się nawet średniej wielkości basen. Nic więcej do szczęścia nie było mi potrzebne.
Rzuciliśmy torby w wydzielonych pokojach i postanowiliśmy odświeżyć się trochę po podróży. Jamie jako gospodyni nie znająca zasad dobrego wychowania, zajęła jedno pomieszczenie z Joshem. Crystal i Daniel zdeklarowali się, że wystarczy im kanapa i chętnie prześpią się w salonie (prawdopodobnie dlatego, że reszta pokoi była na piętrze i mogli sobie tam robić nie wiadomo co, choć w sumie wiadomo, ale wolałam o tym nie myśleć). Ja i Hol wylądowałyśmy w małej sypialni dla gości, a Tyler, Ryan i Dylan w pokoju synów pani Cote. 
- Możesz wejść – uśmiechnęła się do mnie Ruda, kiedy posłałam jej nieprzyjemne spojrzenie. Nie dość, że wygrała bitwę o łazienkę, to jeszcze siedziała tam zdecydowanie za długo. – Nie patrz tak na mnie! Zrobię ci kanapkę, okej?
Zadowolona skinęłam głową, a dziewczyna ruszyła na dół do kuchni. Wzięłam spokojny, długi, relaksujący prysznic i poczułam się jakby ciężar świata spadł mi z barków. Potrzebowałam odpoczynku. Owinęłam się ręcznikiem i wyszłam do sypialni, by wybrać coś do ubrania kiedy zobaczyłam Jego.
Wielki, ohydny pająk jak gdyby nigdy nic siedział sobie na ścianie i wlepiał we mnie swoje obrzydliwe ślepia. Wrzasnęłam i wskoczyłam na łóżko, czując jak blednę. Nie lubiłam takich niezapowiedzianych wizyt. Ktoś biegł po schodach i po sekundzie w pokoju pojawił się przerażony Dylan. 
- Jezu, Młoda. Nic ci nie jest?
- Zabij go – jęknęłam, a chłopak zmarszczył brwi.
- Nie lubię Ryana, ale żeby od razu...
- NIE RYANA – warknęłam, czując jak moja krew się gotuje. – To coś! – wskazałam palcem na pająka, licząc, że chłopak natychmiast ruszy mi na ratunek, ale on tylko nieruchomo wpatrywał się w zwierzątko. 
- Dylan? – mruknęłam, a następnie uśmiechnęłam się złośliwie. – Czy ty się boisz? 
Tak jak się spodziewałam, prychnął oburzony, ale i tak nie zrobił kroku w kierunku gdzie czekała przyszła ofiara. 
- Oczywiście, że nie. To tylko pająk – wzruszył ramionami, ale proszę was. Nawet on nie jest tak dobrym aktorem. Zachichotałam.
- Uważaj, nie może wyczuć, że się boisz – śmiałam się tak bardzo, że niemal straciłam równowagę. Brunet mordował spojrzeniem na zmianę mnie i swojego wroga, aż w końcu uznał widać, że lepiej użerać się z pająkiem niż ze mną, ponieważ chwycił książkę i zrobił krok w kierunku żyjątka. Co także mnie rozbawiło, ponieważ nie wyglądał jak ktoś, kto chce trzasnąć rzecz kilkaset razy mniejszą od siebie. Raczej jak mężczyzna idący na polowanie dzika. Skradał się powoli, jakby pajęczak miał zaraz opluć go kwasem, albo ugryźć. 
- Pewny siebie, nieustraszony Dylan O’Brien ma jakąś słabość! No tego się nie spodziewałam! – parsknęłam rozbawiona, a on rzucił mi posępne spojrzenie. I w tym momencie wydarzyło się parę rzeczy jednocześnie. Pająk poruszył się gwałtownie i zaczął uciekać, Dylan odskoczył przerażony, upuszczając książkę, a ja straciłam równowagę i prawie spadłam na podłogę, gdyby nie mocny uścisk chłopaka. Starałam się nie myśleć o tym, że mnie obejmuje a ja mam na sobie tylko cholerny ręcznik. Atmosfera zrobiła się tak gorąca, że prawdopodobnie mogła przysmażyć to cholerne żyjątko. 
- Wiesz, młoda – uśmiechnął się brunet, zakładając mi pasmo mokrych włosów za ucho. – Mam tylko jedną słabość i zdecydowanie nie są to pająki – puścił mi oczko i jakby nigdy nic wyszedł z pokoju, po drodze nokautując naszego wspólnego wroga książką.
Czując jak moje policzki parują opadłam na miękki materac łóżka.
Dzień spędziliśmy na plaży, a kiedy pod wieczór temperatura minimalnie się ochłodziła, postanowiliśmy ruszyć na miasto, na coś do zjedzenia. Kochałam to, że mogliśmy tak po prostu spędzić z sobą czas: nie martwiąc się o szkołę, pracę czy cokolwiek innego. Po prostu grupa przyjaciół na wakacjach. 
Cieszyłam się również, że przez ostatnie miesiące udało mi się zaoszczędzić wystarczająco dużo, by teraz nie przejmować się pieniędzmi. Jasne, nadal nie było tego dużo, ale spokojnie mogło mi wystarczyć. 
Crystal fotografowała dosłownie wszystko, co było urocze i chciałam te zdjęcia później wywołać. Tak, byłam typową białą dziewczyną, lubującą się w starbucksie i wieszającą fotki na ścianach. Tumblr byłby ze mnie dumny. 
Zawędrowaliśmy do jakiejś naprawdę świetnej chińskiej restauracji, gdzie było niesamowite jedzenie i udało mi się rozluźnić na tyle, by nie czuć się skrępowaną, siedząc obok Ryana. Nawet jeśli jego ramię leżało na oparciu mojego krzesła.
Postanowiliśmy wrócić do domu i przebrać się, by następnie lecieć do jakiegoś klubu, więc leniwymi krokami ruszyliśmy w stronę plaży. Żadne z nas nie zauważyło wysokiego mężczyzny w dobrze skrojonym, jasnym garniturze, który przeszedł obok, dopóki ten nie odwrócił się w naszą stronę i zatrzymał nas głośnym:
- Stop.
Mimowolnie przystanęliśmy, posyłając sobie zaskoczone spojrzenia. Przeżyłam kilka miesięcy w Nowym Jorku bez zostania zabitą, zgwałconą i uprowadzoną (choć raz było blisko, ale przecież Dylan mnie uratował). To niemożliwe by coś takiego stało się w LA, prawda? Poza tym jaki normalny gwałciciel próbowałby swoich sił u dziewięcioosobowej grupy? Chyba tylko ten ze stanowczo za wysoką samooceną.
- Ja cię znam – mężczyzna wskazał na Dylana, który otworzył szeroko oczy. – Jesteś tym chłopakiem od Blat, prawda?
Brunet posłał mi niepewne spojrzenie, ale ja udawałam, że bardzo zainteresowały mnie nieistniejące chmury na niebie. 
- My...ekhem...nie jesteśmy już razem – burknął niepewnie, na co nieznajomy machnął ręką.
- Nie ważne...Pamiętam cię z castingu. 
- No tak! Jest pan producentem „Black Trap” – uśmiechnął się chłopak, a mężczyzna pokiwał głową. 
- Nasza wytwórnia jest odpowiedzialna za wiele projektów...Właśnie rozpoczynamy kolejny – nie do końca wiedziałam w jakim kierunku to szło. No bo przecież koleś musiał być na tylu castingach i widzieć tyle aktorów, ile ja zjadłam truskawek w swoim życiu. Oczywiście nie dziwiłam się, że Dylana akurat zapamiętał, bo przecież był najbardziej uzdolnionym młodym aktorem jakiego znałam, ale i tak nie było to normalne.
- Byłeś dobry, prawda? – producent zmarszczył czoło. – Pamiętam, że byliśmy zachwyceni.
Och, duże słowa i nawet zwykle wyluzowany O’Brien lekko się zarumienił.
- Dziękuję?
- Słuchaj, wydaje mi się, że byłbyś idealny do jednej z głównych ról.
W tym momencie wszystkim nam opadły szczęki. Bo to nie był film czy coś, tylko życie. A w nim, tacy młodzi aktorzy jak my nie są zatrzymywani na ulicy przez takich producentów jak ten i zapraszani na przesłuchanie. Tak po prostu nie bywało! 
- Dam ci moją wizytówkę i jeśli będziesz chętny: zadzwoń – wyciągnął elegancki portfel, a z niego jeszcze bardziej elegancką wizytówkę. Czy mi się wydawało czy mignęła mi czarna karta American Express? – Moja sekretarka wyśle ci wszystkie szczegóły.
Pożegnał się i wyminął nas, jakby nic się nie stało. Jakby wcale nie dał mojemu przyjacielowi życiowej szansy.
- Czy to się stało naprawdę? – mruknął chłopak, wpatrując się w złote literki na ekskluzywnym papierze. Sekundę później krzyczeliśmy ze szczęścia, zwracając na siebie uwagę wszystkich przechodniów. 

- Hej, Księżniczko – usłyszałam ciepły głos Ryana i mimowolnie się uśmiechnęłam. Stałam na balkonie, oparta o balustradę, wpatrując się w ocean. Księżyc nadawał wieczorowi tej tajemniczości i romantyczności, a mój były chłopak objął mnie ramieniem. 
- Pięknie wyglądasz.
Wszyscy się wystroiliśmy. Za półgodziny mieliśmy iść świętować sukces Dylana. Oczywiście, zaproszenie na casting nie oznaczało, że dostanie rolę, ale to i tak było coś dużego. 
- Dziękuję.
- Przypomina mi się ta nasza wycieczka nad jezioro...Pamiętasz?
- No pewnie...
Jak mogłabym nie? Właśnie wtedy postanowiliśmy przeżyć swój pierwszy raz, a potem długo leżeliśmy i wpatrywaliśmy się w gwiazdy. Teraz z perspektywy czasu, wydawało mi się to trochę infantylne, jednak wówczas był to najbardziej idealny moment jaki mogłam sobie wyobrazić. Boże, jaka ja byłam w nim zakochana! Kochałam go od zawsze. Od tej cholernej piaskownicy. Jednak dopiero kiedy przekroczyliśmy tą magiczną barierę „nastu” lat, zaczęliśmy to rozumieć. Przymknęłam oczy, opierając głowę o ramię chłopaka. Doskonale pamiętam te motyle w brzuchu, to podekscytowanie przed każdym spotkaniem i tą nagłą nieśmiałość jaka mnie dopadała, kiedy był blisko. Długo nie mogłam uwierzyć, że był mój. Ale był. I mieliśmy tyle wspaniałych wspomnień, tyle przeżytych chwil. Tyle pierwszych razów, że trudno byłoby je wszystkie zliczyć. Bo nie chodziło przecież tylko o seks. Ale o pierwszą randkę, pierwszy pocałunek, pierwszy bal...
- Ryan Kelley, jesteś moją pierwszą miłością – mruknęłam, dość patetycznie, ale chłopak uśmiechnął się szeroko.
- Dwudziesty trzeci maja, dwatysiące szósty rok.
Posłałam mu zdezorientowane spojrzenie.
- Wtedy pierwszy raz mi to powiedziałaś. 
O mój Boże. Nawet ja tego nie pamiętałam. Wtuliłam się mocno w jego ramię, czując jak zalewa mnie fala spokoju. Przy Dylanie się nie kontrolowałam. Nigdy nie było wiadome co powiem i wiecznie się rumieniłam. Kelley był moją oazą opanowania. 
- Pamiętasz tą imprezę u Leny?
- Chapman? Oj tak, trudno nie pamiętać – roześmiał się, widać przypominając sobie jakieś zabawne wydarzenie. – Próbowałaś flirtować z tym kolesiem z orkiestry, żeby wzbudzić we mnie zazdrość!
- Nieprawda! – pisnęłam, szturchając go w ramię, ale oboje dobrze znaliśmy prawdę. – Chłopak był naprawdę przerażony, nie wiedział co się dzieje.
- A wszystko dlatego, że rozmawiałem z Blair o tym, co kupić ci na urodziny – wyglądał naprawdę seksownie z jednym kącikiem ust podniesionym do góry. 
- Doskonale wiesz, że marzyła o naszym zerwaniu. Prawdopodobnie miała laleczkę voodoo z moją podobizną – wspomnienie dawnych „przyjaciółek” już nie bolało. Miałam teraz nową rodzinę. Lojalną i kochaną. Postacie z Londynu zacierały się już w mojej pamięci. 
- Co mogę poradzić? Byłem całkiem fajny – Ryan wzruszył ramionami, na co wesoło przewróciłam oczami. Przez chwilę jeszcze śmialiśmy się i żartowaliśmy, aż nie przerwało nam znaczące chrząknięcie.
- Nie przeszkadzam?
Głos Dylana był chłodny, jak zazwyczaj, gdy zwracał się do mojego byłego. Który jak widziałam, chciał odpowiedzieć mu coś zgryźliwego, więc szybko go wyprzedziłam.
- No co ty...Takie stare wspominki...- tym razem to Kelley wydawał się być zraniony. Ouch! Czegokolwiek nie powiedziałam, któryś z nich był na mnie zły. Nastała krępująca cisza, podczas której niechcący złapałam kontakt wzrokowy z O’Brienem. Patrzył na mnie jakbym go zdradziła, a przecież nic takiego się nie stało. Mimo wszystko, poczułam wyrzuty sumienia. Miał rację: księżyc, wieczór, romantyczność unosząca się w powietrzu i Ryan obejmujący mnie ramieniem. To nie wyglądało dobrze. I nie było odpowiednie. Coś nie pasowało.
- Idziemy na dół? – zapytałam, zdecydowanie za bardzo radośnie. Skinęli głowami i ruszyli w stronę wyjścia, jednak niespodziewanie, kiedy Ryan wyszedł na korytarz, Dylan zamknął drzwi, tym samym oddzielając nas od Brytyjczyka.
- Idź sam, my zaraz przyjdziemy –  zawołał, widocznie zadowolony z siebie i odwrócił się w moją stronę. – Jezu, w końcu. Ta ciota wszędzie się kręci i nie można pogadać z tobą na osobności. 
Skrzyżowałam ręce na piersi.
- Po pierwsze: nie ciota. Mógłby cię położyć jednym palcem – brunet prychnął obrażony, ale postanowiłam go zignorować. – Po drugie: dla chcącego nic trudnego. 
- Już ci mówiłem, że jestem tchórzem – wyglądał jak zagubiony chłopczyk, który nie wie gdzie jest jego mama w sklepie. – Ja tylko...chciałem ci coś dać.
Uniosłam jedną brew do góry. W sumie nie miałam żadnych powodów by się na niego wściekać...No i kochałam niespodzianki. 
- Kupiłem to już jakiś czas temu...Od razu kiedy Jamie powiedziała mi o wyjeździe – był wyraźnie zawstydzony, co doprawdy było strasznie słodkie. Uwielbiałam tego Dylana. Jak cóż...każdego. – Miałem ci to dać po premierze...- faktycznie, sięgnął po coś wtedy do kurtki. – Ale, cóż...nieważne. Robię to teraz i...hmmm...mam nadzieję, że ci się spodoba.
Podał mi płaską kopertę z moim imieniem. Zmarszczyłam czoło, niepewna co zobaczę w środku.
- To bezpieczne? – mruknęłam, spoglądając na niego podejrzliwie.
- Tak. Jezu – przewrócił oczami.
- I jesteś pewny, że chcesz mi to dać? Nie rozmyślisz się, ani nic? 
- Nie. Matko, otwieraj to!
Wzruszyłam ramionami i odbezpieczyłam opakowanie, zerkając do środka. Wyciągnęłam z niego dwa prostokątne kartoniki i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Że co?!
- NIE WIERZĘ! – pisnęłam i rzuciłam mu się na szyję. Ze śmiechem przyciągnął mnie do siebie i nie przeszkadzało mu nawet, że podskakuję w miejscu. – O MÓJ BOŻE! Czy ty dałeś mi właśnie dwa pieprzone bilety na cholernych 5 Seconds of Summer?!
Widziałam plakaty informujące o koncercie. Były porozwieszane dosłownie wszędzie i za każdym razem kiedy je widziałam, moje serce płakało. Nie mogłam sobie na nie pozwolić. 
- Jest za trzy dni – brunet wypuścił mnie ze swoich objęć i z wyraźną radością obserwował moje podekscytowanie. – Będziemy się świetnie bawić.
To trochę mnie zdekoncentrowało. Ale przecież to logiczne: bilety były dwa i dostałam je od O’Briena, więc to z nim szłam. Jednak czy to znaczyło...O Mój Boże! Czy to miała być nasza pierwsza oficjalna randka?!

***

Po pierwsze: O MÓJ BOŻE!
Jesteście niesamowici! 80 tys. wyświetleń i prawie 750 komentarzy. Kocham Was!

Po drugie: "sięganie do kurtki" nie było tą wskazówką, o którą mi chodziło, aczkolwiek cieszę się, że to wyłapaliście. Teraz już wiecie o co chodzi i niestety nie jest to pierścionek :)
Zagadka rozwiąże się trochę później (wielu z was było blisko, ale nikt nie trafił :p)

Chciałam opisać całe LA w jednym rozdziale, ale ostatecznie rozbiłam je na dwa. W drugiej części prawdopodobnie będzie działo się więcej...
W tym miejscu specjalna dedykacja dla Pingwina aka Patrycji aka mojej kochanej menago, za słuszne domysły. Jestem z ciebie dumna, Sherlocku ;) (tylko ona spędza noce nad teoriami dotyczącymi ATW :p) 

Kocham Was i mam nadzieję, że się spodoba :)
Do zobaczenia w przyszłą środę :*

PS Moje jazdy idą świetnie. Jeszcze żyję :p